Ja swoją mogę zobrazować :
"Am I alcoholic king?"
Zmień widoczność shoutboxa Shoutbox
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Wasze Początki?
#22
Napisano 15 lutego 2010 - 13:59
U mnie zaczęło się w sylwestra 2000/2001- ukradłyśmy, ja i moja sąsiadka mojemu tacie z piwnicy litr wina domowej roboty. Do dziś nie zapomnę tej 'lekkości', po której uklęknąłem na chodniku i krzyczałem, że umieram.
można powiedzieć, że wpadłem w cug, bo codziennie kradłem klucze i razem z koleżanką po cichaczu wypijaliśmy jedną flaszkę, zajebiste czasy. No ale, w końcu ojciec musiał zejść do piwnicy i zobaczył, że brakuje czterech czy pięciu flaszek. Oh, tego wpierdolu też nie zapomnę. A jak było potem? Wiadomo, piwo, fajki. Pojawiła się ruska wódka i teraz mam.. 19 na karku i sentyment do alko.
ahoj żeglarze
można powiedzieć, że wpadłem w cug, bo codziennie kradłem klucze i razem z koleżanką po cichaczu wypijaliśmy jedną flaszkę, zajebiste czasy. No ale, w końcu ojciec musiał zejść do piwnicy i zobaczył, że brakuje czterech czy pięciu flaszek. Oh, tego wpierdolu też nie zapomnę. A jak było potem? Wiadomo, piwo, fajki. Pojawiła się ruska wódka i teraz mam.. 19 na karku i sentyment do alko.
ahoj żeglarze
z dala od plastikowych dziwek, liczymy, że nie niegłupie poglądy też są zaraźliwe
#24
Napisano 16 lutego 2010 - 06:00
To był 2. maja, mając 15 lat bodajże wypiłem litr wina i spaliłem trzy lufy. Tak się najebałem, ale nic mi nie było w sumie poza chwiejnym krokiem, błędnym wzrokiem i rozluźnionym językiem.
A rudą to zacząłem pić przez mojego serdecznego ziomka eR. gdyż to jego rodzinny trunek i mnie wciągnął.
A rudą to zacząłem pić przez mojego serdecznego ziomka eR. gdyż to jego rodzinny trunek i mnie wciągnął.
http://myspace.com/przekazubrutto
"Debili na świecie jest mało, ale są tak dobrze strategicznie rozłożeni, ze spotykamy ich na każdym kroku"
#25
Napisano 23 kwietnia 2010 - 16:42
Pierwszy raz najebałem się z kumplami w pierwszej gimnazjum...(teraz uważam to za żenadę, taki szczyl napierdolony) od tak w jakiś letni dzień poszliśmy pić.
Piliśmy WINA ZA 2,80. KURWA DWA OSIEMDZIESIĄT do tej pory pamietam tę cenę. Zagryzaliśmy to jakimiś czipsami równie kiepskimi jak alkohol, który smakował jak przeterminowany sok ze zmieloną kartką papieru. Syf jak chuj ale mam beke jak sobie wspominam.
Teraz pije bardzo mało praktycznie wcale.
To tyle ode mnie. ; )
Piliśmy WINA ZA 2,80. KURWA DWA OSIEMDZIESIĄT do tej pory pamietam tę cenę. Zagryzaliśmy to jakimiś czipsami równie kiepskimi jak alkohol, który smakował jak przeterminowany sok ze zmieloną kartką papieru. Syf jak chuj ale mam beke jak sobie wspominam.
Teraz pije bardzo mało praktycznie wcale.
To tyle ode mnie. ; )
#26
Napisano 27 lipca 2010 - 11:33
Użytkownik Nielat dnia 11 stycznia 2010 - 20:22 napisał
Miło się ten temat czyta, wspomnienia wracają.
Zaczęliśmy od razu od wódy. Były moje urodziny, dwunaste, albo trzynaste. Dostałem jakieś drobne od babci, dozbieraliśmy resztę no i poprosiliśmy starszych kolegów, żeby kupili nam tyle alko, na ile wystarczy kaski. Dobrzy koledzy wyposażyli nas w litrową butelkę Bolsa oraz, nie inaczej, półlitrową WŻG. Było nas pięciu, ja byłem najmłodszy. Jeden z nas zgłaszał jakieś wątpliwości, że to za dużo, że coś tam... Ja też miałem małe wątpliwości, tylko, że w drugą stronę - przyzwyczajony do widoku co najmniej kilku butelek na stole na każdych imieninach dziadka, miałem wrażenie, że tylko dwie to może być za mało...
Nie wiem czy to był mój pomysł, czy ktoś mi to zasugerował, ale pić poszliśmy do mnie do domu. Poinformowałem mamę, że przyjdą koledzy na urodziny, będziemy jeść chipsy i grać w Play Station, a ich, że mama i półtoraroczny brat nie skapną się, że pijemy bo nie będą wchodzić do pokoju... Butelki do pokoju wnieśliśmy zawinięte w kurtkach, że niby nie starczyło miejsca na wieszaku w przedpokoju. Szybko opróżniliśmy szklanki z soczku i jeden z nas, jako że najstarszy, zaczął polewać. Lał zazwyczaj ok. 1/3 szklanki. Zawsze byłem słaby z matmy, z proporcji na przykład, bo wydawało mi się, że to mniej więcej tyle samo, co kieliszek... Ciężko było to przełknąć, zagryzaliśmy chipsami, bo soczek się skończył. Piliśmy tempem sprinterskim, jedna szklanka po drugiej, nie wiedzieliśmy, że ma to jakieś znaczenie... Butelki chowaliśmy pod stół, między zabawki mojego brata, plan się na razie powodził, mama czasem wchodziła, ale było bez lipy...
Po pewnym czasie koledzy zaczęli zachowywać się dziwnie. Jakoś tak kręciło się w głowie, było więcej śmiechu i dużo krzyku. Piłem trochę mniej od nich, dzięki Bogu coś mi podpowiadało, żeby nie przeginać, mimo, że kompletnie nie miałem doświadczenia w piciu... Doszedłem do wniosku, że trzeba opuścić chatę, gdy jeden z nas zaczął się turlać po podłodze bawiąc się przy tym zupełnie jak mój brat (i jego zabawkami). Momentem kulminacyjnym było zakładanie butów w przedpokoju... Wiedziałem, że mama zaczyna coś podejrzewać i jak któryś się wyjebie, to kaplica... Powiedziałem im tylko, żeby się nie odzywali oprócz "do widzenia!" i schowali puste butelki w kurtki. Chłopaki już na klatce, ja przepraszam mamę za hałas i mówię, że idziemy się przejść i będę później, dzięki za soczek i chipsy. Nagle z klatki słychać głośne "JEB! JEB! SIWYYYY TY KURWOOOOOOOOO! JEB!". Siwy to sąsiad z parteru, z którym ja i moi koledzy nie lubiliśmy się za bardzo od momentu, kiedy rzucił w nas stojących pod klatką torebką z rozpuszczalnikiem z okna, co miało być karą za robienie hałasu... Okazało się, że jednemu z kolegów przybyło odwagi i zajebał mu kopa w drzwi, po czym pozostali wzięli z niego przykład. Instynktownie zamknąłem drzwi, zanim mama zdążyła coś powiedzieć i zbiegłem za nimi na dół. Zerwaliśmy się spod klatki i przygody ciąg dalszy...
Pamiętam, że było dużo krzyku i różnorodnego śpiewu i że zostałem ja i najbardziej kojarzący z ziomów. Reszta podobno poszła po wódę z mety... Usiedliśmy więc we dwóch na ławce, no i odbyłem swoją pierwszą długą, szczerą, alkoholową rozmowę
"Ona jest spoko, ale będzie z niej dziwka, zobaczysz...", "Poczułem tylko gęste włosy zanim cofnęła mi rękę...".
W pewnym momencie zaczęliśmy słyszeć natężające się śpiewy. Okazało się, że to nasi towarzysze idą całą szerokością ulicy. Któryś upadł, drugi poległ gdy próbował go podnieść itd. Największego pecha miał ziom, który upadł prawie centralnie pod swoim oknem. Niestety obczaiła go babcia. Wybiegła z krzykiem z klatki i zgarnęła chłopaka do domu. Ja i mój kumpel trochę ochłonęliśmy podczas rozmowy, natomiast nasi kompani faktycznie wypili dodatkowe pół litra... Zaczęli rzygać na ławce. Niezapomniany widok. Nie, żebym miał z nich bekę, nie o to chodzi. Ale byli braćmi, oboje rudzi, siedzieli obok siebie na ławce w takiej samej pozycji i równocześnie rzygali. Rzygali bez końca, jeden nakręcał drugiego... Tęgo myśleliśmy więc jak ich tu odstawić do domu. Trzeba było rozważyć takie czynniki jak: logistyka (oboje byli dość duzi, kompletnie odcięci i mieszkali na czwartym piętrze w bloku bez windy), to, że nie mogą zobaczyć nas ich rodzice... Heh, jakoś się udało. Posadziliśmy ich pod drzwiami, zadzwoniliśmy do drzwi i rura...
Ostatecznie pierwsze poważne picie nie skończyło się dla mnie rzyganiem, ale i tak było dość bogate w doświadczenia. Pamiętam smak Gorzkiej Żołądkowej (wtedy była chyba tylko tradycyjna) i miłość do niej pozostała mi do dziś, za Bolsem natomiast nie przepadam. Po tej akcji zaczęliśmy już pić w kieliszkach lub kubkach no i z popitką, a przede wszystkim zredukowaliśmy tempo...
A alkohol pokochałem głównie za niezapomniane wrażenia jakie dostarcza.
Zaczęliśmy od razu od wódy. Były moje urodziny, dwunaste, albo trzynaste. Dostałem jakieś drobne od babci, dozbieraliśmy resztę no i poprosiliśmy starszych kolegów, żeby kupili nam tyle alko, na ile wystarczy kaski. Dobrzy koledzy wyposażyli nas w litrową butelkę Bolsa oraz, nie inaczej, półlitrową WŻG. Było nas pięciu, ja byłem najmłodszy. Jeden z nas zgłaszał jakieś wątpliwości, że to za dużo, że coś tam... Ja też miałem małe wątpliwości, tylko, że w drugą stronę - przyzwyczajony do widoku co najmniej kilku butelek na stole na każdych imieninach dziadka, miałem wrażenie, że tylko dwie to może być za mało...
Nie wiem czy to był mój pomysł, czy ktoś mi to zasugerował, ale pić poszliśmy do mnie do domu. Poinformowałem mamę, że przyjdą koledzy na urodziny, będziemy jeść chipsy i grać w Play Station, a ich, że mama i półtoraroczny brat nie skapną się, że pijemy bo nie będą wchodzić do pokoju... Butelki do pokoju wnieśliśmy zawinięte w kurtkach, że niby nie starczyło miejsca na wieszaku w przedpokoju. Szybko opróżniliśmy szklanki z soczku i jeden z nas, jako że najstarszy, zaczął polewać. Lał zazwyczaj ok. 1/3 szklanki. Zawsze byłem słaby z matmy, z proporcji na przykład, bo wydawało mi się, że to mniej więcej tyle samo, co kieliszek... Ciężko było to przełknąć, zagryzaliśmy chipsami, bo soczek się skończył. Piliśmy tempem sprinterskim, jedna szklanka po drugiej, nie wiedzieliśmy, że ma to jakieś znaczenie... Butelki chowaliśmy pod stół, między zabawki mojego brata, plan się na razie powodził, mama czasem wchodziła, ale było bez lipy...
Po pewnym czasie koledzy zaczęli zachowywać się dziwnie. Jakoś tak kręciło się w głowie, było więcej śmiechu i dużo krzyku. Piłem trochę mniej od nich, dzięki Bogu coś mi podpowiadało, żeby nie przeginać, mimo, że kompletnie nie miałem doświadczenia w piciu... Doszedłem do wniosku, że trzeba opuścić chatę, gdy jeden z nas zaczął się turlać po podłodze bawiąc się przy tym zupełnie jak mój brat (i jego zabawkami). Momentem kulminacyjnym było zakładanie butów w przedpokoju... Wiedziałem, że mama zaczyna coś podejrzewać i jak któryś się wyjebie, to kaplica... Powiedziałem im tylko, żeby się nie odzywali oprócz "do widzenia!" i schowali puste butelki w kurtki. Chłopaki już na klatce, ja przepraszam mamę za hałas i mówię, że idziemy się przejść i będę później, dzięki za soczek i chipsy. Nagle z klatki słychać głośne "JEB! JEB! SIWYYYY TY KURWOOOOOOOOO! JEB!". Siwy to sąsiad z parteru, z którym ja i moi koledzy nie lubiliśmy się za bardzo od momentu, kiedy rzucił w nas stojących pod klatką torebką z rozpuszczalnikiem z okna, co miało być karą za robienie hałasu... Okazało się, że jednemu z kolegów przybyło odwagi i zajebał mu kopa w drzwi, po czym pozostali wzięli z niego przykład. Instynktownie zamknąłem drzwi, zanim mama zdążyła coś powiedzieć i zbiegłem za nimi na dół. Zerwaliśmy się spod klatki i przygody ciąg dalszy...
Pamiętam, że było dużo krzyku i różnorodnego śpiewu i że zostałem ja i najbardziej kojarzący z ziomów. Reszta podobno poszła po wódę z mety... Usiedliśmy więc we dwóch na ławce, no i odbyłem swoją pierwszą długą, szczerą, alkoholową rozmowę
W pewnym momencie zaczęliśmy słyszeć natężające się śpiewy. Okazało się, że to nasi towarzysze idą całą szerokością ulicy. Któryś upadł, drugi poległ gdy próbował go podnieść itd. Największego pecha miał ziom, który upadł prawie centralnie pod swoim oknem. Niestety obczaiła go babcia. Wybiegła z krzykiem z klatki i zgarnęła chłopaka do domu. Ja i mój kumpel trochę ochłonęliśmy podczas rozmowy, natomiast nasi kompani faktycznie wypili dodatkowe pół litra... Zaczęli rzygać na ławce. Niezapomniany widok. Nie, żebym miał z nich bekę, nie o to chodzi. Ale byli braćmi, oboje rudzi, siedzieli obok siebie na ławce w takiej samej pozycji i równocześnie rzygali. Rzygali bez końca, jeden nakręcał drugiego... Tęgo myśleliśmy więc jak ich tu odstawić do domu. Trzeba było rozważyć takie czynniki jak: logistyka (oboje byli dość duzi, kompletnie odcięci i mieszkali na czwartym piętrze w bloku bez windy), to, że nie mogą zobaczyć nas ich rodzice... Heh, jakoś się udało. Posadziliśmy ich pod drzwiami, zadzwoniliśmy do drzwi i rura...
Ostatecznie pierwsze poważne picie nie skończyło się dla mnie rzyganiem, ale i tak było dość bogate w doświadczenia. Pamiętam smak Gorzkiej Żołądkowej (wtedy była chyba tylko tradycyjna) i miłość do niej pozostała mi do dziś, za Bolsem natomiast nie przepadam. Po tej akcji zaczęliśmy już pić w kieliszkach lub kubkach no i z popitką, a przede wszystkim zredukowaliśmy tempo...
A alkohol pokochałem głównie za niezapomniane wrażenia jakie dostarcza.
to chyba najlepsza historia jaką czytałem...
probsy;pp
#27
Napisano 27 lipca 2010 - 11:50
Ze mną było tak:
jakoś w 2gim z kumplami wpadliśmy na ciekawy pomysł żeby się naje****
a że ten pomysł przyszedł nam na przerwie w szkole
postanowiliśmy uciec z lekcji.
zwialiśmy do takiego lasku dość oddalonego od sql
(oczywiście wcześniej załatwiliśmy formalności);d
mieliśmy litr wódy weselnej, chodz nie wiem czy to bylo,
oryginalne czy robione domowym sposobem,
no ale start był się tak że piliśmy to z "gwinta"
później to każdy sie domyśla jak to musiało wyglądać;p
gdy skończyliśmy... to pamiętam;d;d
to poszedłem do biblioteki swojej matki bo była kolo szkoły,
tak wyszło że miałem dość dobry humorek i wszystko było dobrze
do czasu gdy zacząłem wymiotować do swojej torby z ksiązkami;((
później położyłem sie spać i dalej była już tylko zjeb**ka od starych;p
z kumplami nie wiem co się działo ale słyszałem że mieli podobne historie;pp
i tak by to wyglądało;pp
jakoś w 2gim z kumplami wpadliśmy na ciekawy pomysł żeby się naje****
a że ten pomysł przyszedł nam na przerwie w szkole
postanowiliśmy uciec z lekcji.
zwialiśmy do takiego lasku dość oddalonego od sql
(oczywiście wcześniej załatwiliśmy formalności);d
mieliśmy litr wódy weselnej, chodz nie wiem czy to bylo,
oryginalne czy robione domowym sposobem,
no ale start był się tak że piliśmy to z "gwinta"
później to każdy sie domyśla jak to musiało wyglądać;p
gdy skończyliśmy... to pamiętam;d;d
to poszedłem do biblioteki swojej matki bo była kolo szkoły,
tak wyszło że miałem dość dobry humorek i wszystko było dobrze
do czasu gdy zacząłem wymiotować do swojej torby z ksiązkami;((
później położyłem sie spać i dalej była już tylko zjeb**ka od starych;p
z kumplami nie wiem co się działo ale słyszałem że mieli podobne historie;pp
i tak by to wyglądało;pp
| Topic | Started By | Stats | Last Post Info |
|---|

Logowanie
Rejestracja



Cytuj



